Siedzę właśnie w domu i szlag mnie trafia. To już kolejna sytuacja z serii nie kupuj tego, bo Ci nie potrzebne! Parę dni temu siostra postanowiła, że kupi sobie rower. Cieszy mnie każda forma aktywności, którą ktoś podejmuje, bo świadczy to o coraz większej świadomości społeczeństwa w kwestii zdrowia fizycznego (a co za tym idzie także psychicznego). Oczywiście od razu usłyszała, że rower jest jej nie potrzebny, bo trzy stoją w szopce i nikt na nich nie jeździ. Rzut oka na sprzęt: pierwszy ma 14 lat i już się rozsypuje, drugi dziadek doprowadził do stanu rozsypki a trzeci, to dwa kółka młodszej siostry, której przypomina się, że go posiada dopiero, gdy jest wymyty i nasmarowany. Jeśli ktoś zadba o ten jedyny rower, to może być pewny, że w pewnym momencie zostanie kopnięty w d..., bo to nie jego i nie ma prawa na nim jeździć. Tato oczywiście twierdzi, że kolejnego nie będziemy mieli gdzie trzymać. Ludzie w bloku na balkonach mają miejsce, a u nas tyle piwnic i dwie szopki, ale miejsca nie ma. Najgorsze jest, to że próbują decydować, co mamy robić ze swoimi pieniędzmi!
Co pamiętam z dzieciństwa? To, że nigdy nie mogłam mieć tego co chciałam, co mieli inni. Na komunie dostałam składaka (różowego!!), bo broń Boże górala, przecież takie rowery mogą mieć inni, a ja na pewno się na nim zabiję i zapomnij, że wyjedziesz na nim poza ogródek. Pierwszego górala dostałyśmy na spółkę rok później i to szalonym trafem. Rower był kupiony dla kuzynki na komunię, ale o ironio dziadki nie zgodzili się na taki prezent dla niej. Kolejną rzeczą były rolki. Oj marzyłam, żeby je mieć i śmigać jak inne dzieciaki, ale zapomnij, zabijesz się. Marzyłam o łyżwach i nartach, ale nieeee. Zawsze chciałam nauczyć się pływać i gdyby nie studia i moja własna decyzja, to nadal bym się topiła. Chciałam sama jechać na wakacje, nie było o tym mowy. Pierwszy raz sama pojechałam, gdy poznałam Jego i miałam wtedy 22 lata!! Zawsze hodowali mnie pod kloszem i przez to straciłam bardzo wiele. Długo musiałam się uczyć, że ja też mogę coś od życia dostać.
Pora trochę zmienić temat. Tydzień temu On bardzo narzekał po meczu na mięsień, że boli, że boi się kontuzji, że nie wie co zrobić. Ja cały tydzień masowałam, smarowałam i nawet zabrałam Go na krio do siostry. Twarda sztuka, więc nie przyznał się trenerowi, że coś jest nie tak, normalnie trenował i w sobotę zagrał mecz. Pierwsza połowa i mogłam spokojnie powiedzieć, że jest najlepszym zawodnikiem na murawie. Na przerwie mięsień zaczął kłuć, ale znów się nie przyznał. Mógł poprosić o zmianę i dać sobie odpocząć. Niestety nie zrobił tego, co w konsekwencji doprowadziło do naderwania mięśnia. Od soboty robię Mu zimne okłady. Obawiam się, że do końca rundy już żadnego meczu nie zagra. Nie znoszę tego smutku w oczach, kiedy o tym mówi. Też jest mi wtedy smutno. Jedynym pocieszeniem jest fakt, że nie stało się nic gorszego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz